Strona:PL Zola - Rzym.djvu/1139

Ta strona została uwierzytelniona.

lej aż ku kolebce na krańcach Wschodu, gdzie jak mrowie mnoży się groźna rasa żółta.
Dorożka, pnąc się pod górę, już minęła brzydki w swej nowości gmach Banku państwa, ogrody królewskiego pałacu i wreszcie, dosięgnąwszy szczytu Wiminalskiego wzgórza, wjechała na plac Łaźni i już mijała zwaliska gmachu wzniesionego przez Dyoklecyana, gdy Piotr odetchnął głęboko, nieco orzeźwiony po męczącej zadumie. Bo dlaczegóż się lękać tego wichru, niosącego bezustannie ludzkość całą ze wschodu na zachód?... A może kilkakrotnie musi ona okrążyć ziemię w swym etapowym pochodzie, by wreszcie zlać się w jedną całość, bez rozgraniczeń rasowych, w wielką, braterską ludzkość nieśmiertelną! Może bezustannie odbywająca się ewolucya, cel pracy wszędzie trwającej, to, a nie inne będzie miał rozwiązanie?... I ziemia cała stanie się jedną ojczyzną, jednem wspólnem dobrem ludzkości, żyjącej w zdobytem na zawsze braterstwie.
Dorożka się zatrzymała, Piotr, wpadłszy w popychający się tłum ludzi na dworcu, przestał myśleć. Kupił bilet, wyprawił swoje rzeczy i wsiadł do wagonu, wiedząc, że pojutrze nad ranem będzie w Paryżu.

KONIEC.