Strona:PL Zola - Rzym.djvu/839

Ta strona została uwierzytelniona.

— Ach, tak! — zawołał hrabia. — Tak, te figi będą jedzone dopiero jutro... a sporo ich jest w koszyku... Kardynał uraczy się niemi, zwłaszcza jeżeli nikt mu nie dopomoże...
Piotr, nie zastanowiwszy się do kogo mówi, rzekł, objaśniając:
— Zapewne nikt mu nie dopomoże, bo książe Dario miał dziś wyjechać do Neapolu, chciał się trochę rozerwać po swojej chorobie, która go przez miesiąc przytrzymała w łóżku.
Nagle zamilkł, spostrzegłszy niewłaściwość swych słów, ale Prada uspokoił go:
— Nic nie szkodzi... wierzaj mi, że nic nie szkodzi... to takie dawne dzieje!... Już mnie to nie boli... Więc mówisz, kochany księże Piotrze, że młody człowiek pojechał do Neapolu?...
— Taki miał zamiar... i przypuszczam, że go nie zostanę w pałacu...
Znów wszyscy zamilkli i tylko słychać było turkot powozu. Prada się zamyślił na nowo, zaniepokojony jak postąpić, bo jeżeli Dario wyjechał, po cóż będzie się mięszał w te księże sprawy? Zmęczony własnemi myślami, rzekł prawie mimowoli:
— Wyjechał... bo zapewne osądzono, że lepiej, by się nie pokazywał na dzisiejszym wieczorze u Buongiovannich... Wszak dziś rano miała się zebrać kongregacya rozsądzająca proces pomiędzy mną a hrabiną... Tak, wróciwszy do domu, dowiem