Strona:PL Zola - Wzniesienie się Rougonów (1895).djvu/212

Ta strona została uwierzytelniona.

Rzeczywiście, dzieci bardzo były rozbawione zdarzeniem, jakie ich spotkało. Przyrzekły też sobie, że żadne nie opuści schadzki porannej. Mietta, uważając że już powinna wracać do domu, zawołała na Sylweryusza, aby wyciągnął swoje wiadro. Ale on, nie chcąc stracić wizerunku dziewczyny, nie śmiał sznura poruszyć; ona więc musiała swojem wiadrem wodę wzburzyć i kiedy obraz zniknął, rzekła: „Idź już raz, idź!“ Sylweryusz, posłyszawszy kroki oddalającej się dziewczyny, zabrał wodę i odszedł.
Od dnia owego, każde z nich niezmiennie przychodziło na umówione miejsce. Obrazy ukazujące się w wodzie zadawalniały w zupełności dziecięcą ich imaginacyę. Widzieć się w studni, było daleko zabawniej, niżeli stać na prawdę przed sobą. Studnia ułatwiała wzajemne zwierzania jak stary, dobry przyjaciel. Z przyjemnością nachylali się nad nieruchomem zwierciadłem, po którem migotały zielone połyski. Pośród liści bluszczowych, widzieli siebie jak w umajonem gniazdeczku; chłód wiejący od wody, półcień tajemniczy, nieznana głębokość dna — były to wzruszające powaby, co ożywiały ich uśmiechnięte twarze. Przysłuchiwali się z uroczystą powagą niezbadanym szmerom studni; głucha praca wilgoci, przewiew wiatru, sączące się krople po kamieniach, przejmowały ich miłym dreszczem. Byli pewni, że tutaj nikt im nie przeszkodzi. Justyn, chociaż szpiegował Miettę, co do studni żadnego nie miał podejrzenia.