Strona:PL Zygmunt Krasiński - Pisma T1.djvu/257

Ta strona została przepisana.
Prezes.

Ani osobnikowi, ani narodom, ani ludzkości łaska wiekuista nie zdała się na nic, jeśli aż pod same niebiosa rąk nie podniosą ku niej — bo połową stworzenia wola Stworzonych. Choć minęło co minąć miało, choć dopełniają się czasy, choć duch obiecan już przewiewa po nad ziemskim padołem, — jeśli go sami nie wysłużym, nie wypragniem, nie wyczynim; jeśli siebie samym nie przeołtarzym Jemu, on nie zaświeci nam — niepocieszeni zostaniemy.

Młodzieniec.

Cóż więc każecie?

Prezes.

My dziś już nie rozkazujem nic, — prawdę tylko objawiamy, a kto ją pojął, ten sam rozkaże sobie. Jej więc teraz słuchaj. Póki ciało z duszą nie zlane w jednego ducha, póty czynu powszechnego nie masz, póty bitwą i zamętem dzieje ludzkości. Wszędzie rozłam i rozpad i rozstrój cząstki tylko — a każda nienawistna drugiej we wszystkość zesamolubić się chce wytępiając inne. Naród, państwo, stan, zasada, ustawa, prawo każde nie o postęp, ale o coraz starszą starość się stara. Co dłużej trwa temu hołdują, nie że święte, ale że obaliło przeciwników wielu; przedawniałość prawowitością. Wszelka nadzieja i wszelkie natchnienie buntem i świętokradztwem. Jak kat do szkieletu siedzącego na stolicy, tak przyszłość wiecznie przystępuje do siostry swej przeszłości — i wszelka teraźniejszość prochem jednej i krwią drugiej zbryzgana, dotąd nędz kałużą jest! Wszak prawdziwie świadczę nieszczęśliwym losom planety tego?

Młodzieniec.

Ojcze, nieraz toż samo łzy mi moje pisały na twarzy gdym czytał historyę. Każden z ludzi, ale