Strona:PL Zygmunt Krasiński - Pisma T2.djvu/125

Ta strona została przepisana.

stoi teraz. — Mów, czy mam jeszcze co wykonać, o bracie, bo dzisiaj w nocy, bo jutro nad rankiem przyjdzie może pretoryanin — może wcisną się płomienie lub pierś sam a nie zechce dalej cierpieć i wzgardzi powietrzem!

Irydion.

Strzeż go dopóki nie wrócę — wtedy opuścisz skazane progi i pójdziesz za mną.

Elsinoe.

A z nim co będzie?

Irydion.

Mało mi zależy na jego śmierci, mało na jego życiu. — To co nim było, na palcu moim połyska, to co nim jest, nie warte jednej myśli mojej.

Elsinoe.

Jeśli tak, zbliż się do mnie — jeszcze, jeszcze — a teraz czy słyszysz cichy głos mój?

Irydion.

Czego chcesz, siostro? — ręka twoja drży w mojej — bicie serca twego rozlega się na tym pancerzu?

Elsinoe.

Niechaj więc zgasną oczy, pod któremi zwiędłam — niech ramiona co opełzły szyję moją opadną jak dwie starte żmije. — Usta co pierwsze ust moich się dotknęły niech znikną w popiołach!

Irydion.

Na jednym więc stosie o tej samej chwili on i Sewerus...

Elsinoe.

Nie — nie! — Daj mi ostatniej woli dokończyć. — Znam, Irydionie, siłę ręki twojej i dla tego ostatnią prośbę zanoszę do ciebie. — Oszczędzaj Aleksandra na polu bitwy — nie zarzucaj śmiertelnych cieniów