Strona:PL Zygmunt Wielhorski-Wspomnienia z wygnania.djvu/043

Ta strona została przepisana.

jednak niedostępny. Taki chłop, który nie ma za co ryby kupić, znajduje gdziebądź trochę ości i te wtyka sobie w brodę, tak, żeby były na widoku. Następnie przechadza się wspaniale i szuka spotkania ze znajomemi. Gdy spotkanie nastąpi, zawiązuje się rozmowa.
— Zdrastwój (jak się masz).
— Zdrastwój.
— Djabelnie mi się pić chce. Mówi chłop z ościami w brodzie.
— Albo co?
— Tak najadłem się ryby, że pragnienie mnie dusi, a tu w mieście nie ma tak dobrego kwasu, jak u mnie na wsi.
— Rzeczywiście, musiałeś dużo jeść, bo pełno masz ości w brodzie.
— Nie użeli? (czy doprawdy).
— W samom dielie (w saméj rzeczy) I tu zaczyna sobie obcierać brodę, ale tak ostrożnie, żeby ani jedna osteczka nie wypadła.
— No praszczaj.
— Praszczaj.
Ta scena powtarza się z każdym spotkanym znajomym.

X.
Religia.

Trudno wymagać od ludzi, których nikt nie uczy, żeby rozumieli, co to jest religia, żeby pojeli co znaczy człowiek istotnie religijny. Grunt jest dobry, ale cóż, kiedy nie ma go kto uprawiać. Pop uważa swój stan jako rzemiosło, i byle odprawił swoją obiednią (mszą), o nic się więcéj nie troszczy. Naturaloie, że chrzty, śluby, pogrzeby lub inne obrządki, za które mu płacą, wypełnia z ochotą, ale nie obchodzi się bez targu,