Strona:PL Zygmunt Wielhorski-Wspomnienia z wygnania.djvu/061

Ta strona została przepisana.

zajmą swoje dawne położenie, ale damy wcześniéj przez nas zamówione, nie chciały z nimi tańcować, spodziewając się co chwila naszego przybycia i obawiając się jakiéj awantury, o którą u nas nie bardzo było trudno.
Tak więc początek wieczora zaczął się bardzo smutno. Rezolutniejsze udały się do isprawnika który postąpił sobie tak, jak opowiedziałem.
Około 10 dopiero, jako tryumfatorów prawie, wprowadzili nas: isprawnik i gospodarz do sali. Jedni się radowali, drudzy gryźli wargi i przeklinali, w każdym jednak razie, dopiero wtedy zaczęła się ochocza zabawa, a kupiec H. chcąc nas jeszcze bardziéj udobruchać, postawił w swoim gabinecie, tylko dla nas i isprawnika dostępnym, wino szampańskie.
Wiedział on, że my wódki nie pijemy; my téż, żeby mu pokazać, że uraza zapomniana, wysuszyliśmy z dziesięć butelek szampana.
Wiejski lud miał dla nas wielkie współczucie. Włościanie nie upatrywali w nas wrogów, widzieli tylko nieszczęśliwych. Chłopi z dalszych osad szczególnie nas żałowali.
Stare kobiety często powtarzały:
— Wy biedne ditiatka (dziatki), tak daloko od swojéj rodinuszki (swojéj strony), wy, przepadiotie śdieś na czużbinie (wy przepadniecie tu w cudzéj ziemi), i nuż wypytywać się: czyśmy żony i dzieci w domu zostawili, czy rodzice żyją, czy nam majątki zabrano? aż lżéj się na sercu robiło, gdyśmy napotykali takie proste, szczere, nie udane uczucie. Poczciwi ludzie, oni nie wiedzieli, ile ulgi przynoszą naszemu cierpieniu kilku serdecznemi słowy.

XIV.
Mój domek. Nikołka.

We wszystkich miastach rosyjskich zatém