Strona:PL Zygmunt Wielhorski-Wspomnienia z wygnania.djvu/078

Ta strona została przepisana.

taczek w katorżnych robotach. Muszę tu przytoczyć zdanie jednego głośnego męża stanu, barona Brunowa, ambasadora rosyjskiego przy dworze angielskim, o powstaniu. W roku 1864 bawiłem czas jakiś w Londynie i kilka razy zdarzyło mi się być u wspomnionego dyplomaty. Raz, gdyśmy byli sami, wszczęła się rozmowa o powstaniu, pragnąłem otrzymać amnestyą i wyznałem, żem brał w niém udział. Oto, co mi odpowiedział: „C’est clair comme le jour, que vouz avez du y prendre part, quandmême vous auriez su que vous faites une bêtise. J’aurais fait de même a votre place.“ (Ależ rzecz to jasne, jak słońce, że musiałeś wziąć udział w ruchu, choć mógłeś wiedzieć, ze głupstwo robisz. Tak samo byłbym uczynił na pańskiém miejscu). Ale czas powrócić do dalszego ciągu opowiadania.
Miła ta dla serca biesiada około dziewiątéj godziny przerwaną została zaproszeniem do kolayi. Wtedy już się na wykwint nie zważało; bigos wniesiono w ogromnym garnku, bo nie posiadałem dość wielkiego półmiska ani sporéj miski; dwie ogromne szynki położono po prostu na drewnianą tacę, pół tysiąca kołdunów, które dwóch kuchmistrzów przez cały prawie dzień robiło, czekało w rądlu na amatorów, a pełny koszyk chleba stał na krzesełku obok stołu. Komu nie wystarczyło talerzy, misek albo noży i widelców, dzielił się z drugim, łyżki tylko wystarczyły dla wszystkich. Jak sobie teraz jeszcze wspomnę te chwile bratniéj uciechy, tę szczerość, która wtedy panowała: nie powiem, żebym za tém tęsknił, ale wyznaję, że miłe i rzewnebudzi we mnie uczucie pamięć takich zdarzeń. Apetytu naszym poczciwym braciom nie brakło, to téż i rzadko kiedy co schodziło ze stołu, choć się jak najwięcéj jadła przygotowało; ale biada temu, od któregoby wyszli głodni, dopierożby go na drugi dzień wzięli na ję-