Strona:PL Zygmunt Wielhorski-Wspomnienia z wygnania.djvu/080

Ta strona została przepisana.

był czémś nowém, bo rzadko do miasta zaglądał. Gdym w wigilią jego wyjazdu skarzył się na śmiertelne nudy, rzekł do mnie:
— Niech pan przyjedzie do mnie na święta, to się może pan rozerwie.
— Przecież panu wiadomo, że nam wyjeżdżać nie wolno daléj, jak wiorstę za miasto.
— Alboż to potrzeba koniecznie, żeby isprawnik wiedział, panowie i po parę dni bawią na polowaniu, a nikt im nie nie mówi, to i teraz nic nie powiedzą, prócz tego Nikołka w domu zostanie i powie, że pan chory, on potrafi ich w pole wywieść.
— W samem dielie, pojeżdżajte baryń (w saméj rzeczy jedźcie panie), rzekł Nikołka, który, nabijając papierosy w drugim pokoju, słyszał naszą rozmowę, a po polsku doskonale rozumiał i mówił nawet trochę, choć się zwykle mówić wstydził.
— Niech pan jedzie, rzekł Wysoki, którego nazywali Wysokim z powodu wielkiego wzrostu, młody chłopak, wielki myśliwy, wielki rybak i wielki śpiewak, który tylko co był przyszedł i słyszał, o czemeśmy mówili.
— A ty Wysoki pojedziesz? zapytałem.
— I owszem, ja nie od tego, żeby się nie zabawić, kiedy się zdarza sposobność.
— Ale cóż my będziemy u Girkonta robili?
— Zawsze będzie jakaś rozmaitość, — rzekł Wysoki. Może doznamy głodu, albo kilka razy w drodze wywrócimy, może nas konie poniosą.
— Że głodni nie będziecie, że to zaręczam, rzekł Gircont.
— Szkoda, odpowiedział Wysoki, bo trzeba wszystkiego doświadczyć.
— Kiedy tak, to jedźmy.
Do Girkonta było mil przeszło dziesięć, ale tam taka odległość jest, uważana za nic. Ułożyli-