Strona:Pamiętnik chłopca.djvu/257

Ta strona została uwierzytelniona.

A w tym samym czasie, to tu, to owdzie różne się zdarzały niefortunne wypadki, które sprawiały, że nadbiegały na ratunek nauczycielki: tu płakały dziewczynki, bo nie mogły żadną miarą rozwiązać węzełka u chustki, tam wrzała bitwa aż na pazurki, z krzykiem i płaczem, o dwie pestki jabłka; daléj chłopczyna, który potknąwszy się, przewrócił się na jakąś grubą gałązkę, łkał rozpaczliwie, leżąc jak długi i nie mogąc się podźwignąć o własnéj mocy.
Przed odejściem mama moja wzięła z nich troje czy czworo na ręce, co widząc inne, zaczęły zbiegać się do niéj zewsząd, aby ona je także potrzymała na ręku; jedne miały buzie usmarowane żółtkiem od jaj, inne sokiem od pomarańczy; ten ją chwytał za rękę, ów za palec, aby się przyjrzeć pierścionkom; inny ciągnął za łańcuszek od zegarka, jeszcze inny usiłował uczepić się jéj warkoczy.
— Niech pani zobaczy, co się z panią dzieje — mówiły mamie nauczycielki, — toż one pani całe ubranie zniszczą:
Ale mama nie dbała o ubranie i daléj całowała i pieściła dziatki, a one coraz więcéj do niéj się garnęły: najbliższe z wyciągniętemi rączynami, jakby chciały na mamę się wgramolić, — dalsze, popychając inne, aby się na przód przecisnąć, a wszystkie razem wołając:
— Do widzenia! Do widzenia! Do widzenia!
Nareszcie udało się mamie wymknąć się z ogrodu. I wtedy cała dzieciarnia pobiegła do żelaznego ogrodzenia i główki i rączyny powysu-