Strona:Pamiętnik chłopca.djvu/80

Ta strona została uwierzytelniona.

— Na pomoc, na pomoc!
Natychmiast ludzie zewsząd nadbiegli. Staruszek został uderzony śnieżką w oko. Chłopcy rozpierzchli się zaraz w różne strony, zmykając co tchu. Ja stałem przed sklepem księgarskim, do którego wszedł był mój ojciec, i spostrzegłem, jak nadbiegło kilku moich towarzyszy, którzy, wmięszawszy się pomiędzy innych, stojących przy mnie, udawali, że przyglądają się pilnie wystawie księgarskiej: był Garrone, Koretti, murarczuk i Garoffi, — ten, co marki tak zbiera. Tymczasem cały tłum zebrał się dokoła staruszka, a żołnierz straży miejskiej i kilku innych ludzi biegało to w tę, to w ową stronę, grożąc i pytając:
— Kto to? Kto to zrobił? Czyś to ty? Powiedzcie, czyja to sprawka? — i oglądali ręce chłopców, czy mokre od śniegu.
Garoffi stał obok mnie: dostrzegłem, iż drży cały i jest blady jak chusta,
— Kto? kto to zrobił? — wołali wciąż ludzie.
Wówczas usłyszałem, jak Garrone powiedział pocichu do Garoffiego:
— No, idź, idź-że, powiedz, żeś to ty; byłoby nikczemnie pozwolić na to, aby schwytali kogoś innego.
— Ależ ja nie zrobiłem tego naumyślnie! — odrzekł Garoffi, drżąc jak listek.
— To nie racya; idź, spełnij twój obowiązek — powiedział Garrone.
— Ależ ja się boję!