Strona:Patryotyzm i kosmopolityzm.djvu/102

Ta strona została przepisana.


czyły słowa te bynajmniej, aby Grek i Żyd ujednostajnili się ze sobą. lub aby każdy z nich miał obowiązek, albo nawet prawo wyrzeczenia się swéj ziemskiej ojczyzny. Nie; lecz znaczyło to, iż odtąd ludy wszystkie równemi być mają przed Bogiem i prawdą, w obec praw do najwyższej i najsłodszej na one czasy mądrości i nadziei.
„Niéma Żyda, ani Greka“... Słowa te niezrozumiale i drażniąco odbiłyby się o uszy dogorywającej starożytności, gdyby ją do nich nie przygotował, gdyby przebłysku zawartych w niej pojęć przed oczami jéj nie przesunął Rzym, w którego twardych, lecz szerokich, ramionach narody dusiły się, lecz zarazem łączyły i oswajały ze sobą. Różnostronna potem praca i zbiegiem wielu przyczyn wytworzony, proces dziejowy sprawiły, iż w kilka stóleci później stała się rzecz, niewidziana dotąd w świecie: gruppa ludów, obcych sobie pochodzeniem, dziejami i dążeniami, stanęła pod sztandarem jednej religijnej wiary; rozdzielona ze sobą mnóstwem sprzeczych usposobień i pożądań, na jednym tym przecież punkcie sprzymierzyła się silnie i na długo. Wprawdzie, z tego to właśnie punktu, wytryskały potem niejednokrotnie gorzkie źródła niezgody i krwawe płomienie walk. Niemniej, przecież, jednostajność, wprowadzona w najdroższe i najważniejsze na owe czasy wierzenia, wytwarzała pewną wspólność trwóg i nadziei i pewne upodobnienie w procesach myślenia i sposobach życia, w obec których przystępniejszą już i zrozumialszą, niż kiedykowiek, wydawać się mogła myśl o międzynarodowém pokrewieństwie chociażby, jeżeli nie braterstwie. Zrozumialszą i w bardziej