Strona:Petöfi - Janosz Witeź.djvu/45

Ta strona została przepisana.


XXVI.

W téj cudnéj krainie lśni wieczny blask słońca,
Kwiat wiecznie zakwita wśród nocy bez końca;
Jutrzenka wciąż igra na czystym lazurze
Tam ciszy nie mącą ni wichry, ni burze.

Tam Tundry dni pędzą w niewinnéj rozkoszy,
Tam doli szczęśliwéj cień śmierci nie spłoszy;
Im nigdy się życia uroki nie prześnią,
A karmią się tylko miłością i pieśnią.

Nie płacze tam żałość ponura i blada,
Lecz rosą łza szczęścia na ziemię upada;
Przez kwietną murawę przesiąknie w jéj łono,
I ziemia ją wraca w dyament zmienioną.

Tam w Tundrów krainie rój dziewic uroczy,
Wyprzędza nić długą z swych złotych warkoczy;
Na kłębek je mota i składa w głąb ziemi,
Zkąd ludzie je garśćmi dobędą pełnemi.

A czysta dłoń chłopców uroczo tam mota,
Ów rąbek tęczowy cenniejszy od złota;
Z promieni co biją z ocz drogiéj dziewoi,
I chmurny nim błękit śmiertelnym przystroi.

Gdy Tundry wysnuły nić długą przędziwa,
Na ławach kwiecistych rój młody spoczywa;
I wonią czarowną kołyszą ich kwiaty,
I wietrzyk im do snu przygwarza skrzydlaty.

Oj cudaż im we śnie majaczą i dziwy!
Przeczuciem je tylko zgaduje świat żywy,
Sny owe pojęła twa dusza spragniona,
Gdyś drogą raz pierwszy przycisnął do łona!

XXVII.

Do kraju tych czarów bohatér nasz wchodzi,
Olśniony, utonął wśród blasku powodzi;
Nieśmiało oczyma zatoczy wkrąg siebie,
„Gdzież jestem? zapyta — na ziemi czy w niebie?”

Pogodą niewinną wzrok dziewic tu świeci,
Przybiegły ku niemu swobodnie jak dzieci;
Ich słówka tak miłe, ich uśmiech tak słodki,
W głąb wyspy Janosza prowadzą szczebiotki.