Strona:Peter Nansen - Niebezpieczna miłość T. 1.djvu/88

Ta strona została przepisana.

wszystko jest komedją, czy też on z natury jest tak lodowaty.
Tylko przez jedną chwilę — gdyśmy weszli do gabinetu i garson się usunął — wydał mi się całkiem odmiennym. Stałam przed zwierciadłem, zdejmując płaszcz. On zaś stał za mną i pomagał mi wykwintnym ruchem. Kiedy wreszcie uporządkowałam włosy na czole z pomocą kauczukowego grzebyka, ujął mnie za rękę ze słowami:
— Czy wolno mi teraz przyjrzeć się raz pani porządnie?
Odparłam:
— Nie!... czy pan się rozczarował? Może pan już żałuje, że zamierzył pan podarować cały wieczór brzydkiej dziewczynie?
— Brzydkiej? — zruszył ramionami. — Nie! Przeciwnie.
Stał przez moment nieruchomy i namyślał się. Potem zawołał:
— Mam nadzieję, że pani nie żąda ode mnie komplementów. Piękna nie jest pani, ale za to przemiła. Jesteś tak młoda i świeża, jak liść majowy. Masz cerę kwiatów jabłoni i nigdy nie widziałem ust, podobnych do wiśni.
Mówił to naturalnie, a zarazem tak, jakby chciał stłumić słowa. Lecz dźwięk jego głosu