Strona:Pisarze polscy.djvu/134

Ta strona została uwierzytelniona.


Z góry Orkanowej wzrok z lubością ślizga się po zieleniejących zbożami, ociemnionych smreczyną zboczach wzgórz, krętym biegiem srebrzącej się Mszany wybiega z górskiej cieśni i drogą otwartą mknie ku dalekim sinym przestrzeniom, nad któremi, niby olbrzymy drogi strzegące, wznoszą się potężny hełm Lubonia i niższe Rabczańskie szczyty. Niezmierzona jasna połać nieba lekko nakrywa roztoczoną u stóp szerz ziemi powietrzem tak przejrzystem, że zda się przed okiem ciekawem dali rozstępować i uciekać po to, by wzrok je pogonił. Ale Orkan nie widzi tego.
W dalekich górach wylęgłe przychodzą zwichrzone burze i huczącym podmuchem biją w Orkanowe osiedle. Ogłuszający grzmot przetacza się z jednego szczytu na drugi, niby spóźnione echo nieustannych fal morza, z którego słońce podniosło te chmury i złotemi błyskawicami przepasane ku północy posłało. Przebieżonych stron odgłosy grzmią w ryku burzy, pełna tajemnej grozy opowieść o krajach dalekich, żarnych, nieznanych. Ale Orkan nie słyszy tego.
Zdala od Mszańskiej doliny inne, większe ściele się życie; niejedna fala życiowa o potężnych pier-