Strona:Pisma Henryka Sienkiewicza (1883) t. 5.pdf/252

Ta strona została uwierzytelniona.


Panie żołnierz chodź pokochać.
Jeszczem nie jadł — Bóg ci zapłać!

O ile z Pognębina wszyscy wyjeżdżali smutni: o tyle teraz pełni są zapału i ducha. Piérwszy pociąg z piérwszymi rannymi przybywający z Francyi, psuje jednak to dobre usposobienie. Staje on w Deutz i stoi długo, by przepuścić te które spieszą na plac boju. Ale nim wszystkie przejdą przez most do Kolonii, potrzeba kilku godzin czasu. Bartek leci razem z innymi oglądać chorych i rannych. Niektórzy leżą w zamkniętych, inni dla braku miejsca w otwartych wagonach, i tych można widzieć dobrze. Po piérwszém spojrzeniu, duch bohatérski Bartka ulatuje znowu na ramię.
— Chodźże tu Wojtek! — woła z przerażeniem — widzisz ino, ile te Francuzy napsowały narodu! — I jest na co patrzeć! Twarze blade, zmęczone; niektóre zczerniałe od prochu lub bólu, powalane krwią. Na odgłosy ogólnéj radości, ci odpowiadają tylko jękami. Niektórzy klną wojnę Francuzów i Niemców. Usta spieczone i zczerniałe wołają co chwila wody; oczy poglądają jak błędne. Tu i owdzie między rannymi widać zesztywniałą twarz konającego, czasem spokojną z błękitnemi sińcami naokół oczu, czasem wykrzywioną przez konwulsye, z przerażonemi oczyma i wytrzeszczonemi zębami. Bartek po raz piérwszy widzi krwawe owoce wojny. W głowie jego znów powstaje zamęt, patrzy jak odurzony i stoi w tłoku z otwartemi ustami; popychają go na wszystkie strony; żandarm daje mu kolbą w kark. On szuka oczyma Wojtka, odnajduje go i mówi:
— Wojtek, bój się Boga! o!