Strona:Pisma VII (Aleksander Świętochowski).djvu/091

Ta strona została przepisana.
MORONOWIE.




Widok 1.

Tu, jak gdyby skóra ziemi zielonym włosem bujnie porosła, a dalej, jak gdyby całkiem wyleniała, pokryta jedynie rzadkiemi kępami zźółkłej sierści. Tu rozległy płat pastwisk, tam szara mąka skał zwietrzałych. Śród bezbrzeża piasku, niby kwiat życia na łonie śmierci, rozpostarł się po obu krawędziach szerokiej rzeki step gęsto trawą wełnisty. Na zachodniej jego stronie ułożył się łańcuch gór, jak gromada garbatych wielbłądów po długim i mozolnym pochodzie w pustyni. Nad nimi unosił się niby para ciał strudzonych przejrzysty i lotny obłok. Gdy wieczorem mgła na ich grzbietach spoczęła i chmurami jak jukami je obwiesiła, zdawało się, że powstaną i pójdą w drogę. A gdy wiatr znowu te kłęby z nich zdarł i błękit nieba nad niemi rozpiął, leżały senne i nieruchome.
U podnóża tych gór usiadły namioty ludu pasterskiego Wirów, który po długiej tułaczce tu zapadł i w stepie trzody swe pasał. Wszyscy starsi jego synowie zebrali się