Strona:Pisma krytyczne (France).djvu/163

Ta strona została uwierzytelniona.
PAWEŁ VERLAINE.


Dziś, tak jak w r. 1789, znów jeden poeta leży w szpitalu. Ale obecnie (a tego nie było właśnie w Hotel-Dieu za czasów Gilberta) łóżko osłonione jest białemi firankami, a ten, kto je zajmuje jest poetą prawdziwym. Nazywa się Paweł Verlaine. Nie jest to bynajmniej młodzieniec blady i smętny, lecz stary włóczęga, zmęczony trzydziestoletnią tułaczką po drogach różnych.
Z wyglądu możnaby go wziąć za wiejskiego czarownika. Czerwona obnażona czaszka z guzami, jak na starym kociołku, oczy małe, skośne i połyskujące, twarz płaska, nozdrza szerokie; z krótką, rzadką i twardą brodą — tak chyba wyglądałby Sokrates bez filozofii swej i bez panowania nad sobą.
Widok jego uderza i zadziwia. Wydaje się on surowym i pieszczotliwym zarazem, dzikim a poufałym. Jakiś Sokrates pierwotny, albo