Strona:Pod lazurową strzechą.djvu/021

Ta strona została uwierzytelniona.


IRYSY PRZY FONTANNIE.


Wiosenna noc. Sad w młodem jest pąkowiu,
niby w oblepie z nieockniętych pszczół.
Pierścieniem srebrzy się księżyc na nowiu,
przędza obłoku przesłania go wpół.

W kroplistych rosach, niby w jasnej mannie,
szroni się trawnik, brylanci się klomb.
Kumkanie żab brzmi chórem nieustannie,
jakoby minor wzdychających trąb.

Pośród irysów siedzę przy fontannie.

Na niebo patrzę, nabite gwiazdami
raz koło razu, koło ćwieku ćwiek.
I tak zatracam tam wzrok, że się zda mi,
iż to śnieg prószy, w oczy prószy śnieg.

Fontanna bije. Splata krzak ruchomy
z roztrzepotanych, tryskających strug.
Wiatr niemi wstrząsa, niby snopem słomy,
wodne łodygi zginą wiewem w łuk.

I dżdżu spadają garście w basen właśnie,
jak ziarna, z snopu łuskane przez wiew.
Tafla basenu pluskiem im odklaśnie
i coraz wyżej rośnie żywy krzew.