Strona:Poeci angielscy (Wybór poezyi).djvu/266

Ta strona została uwierzytelniona.


Podniosłe serce, co nie znasz spokoju,
Bijąc o kraty nieczułe, aż w boju
Ulegniesz płonnym z złamanemi pióry,
Które cię rwały nad ten świat ponury,
Aż z ranionego popłynie ci łona
W gniazdo macosze krew nieokupiona:
Próżno mi płakać, raczej w twej obronie
Krwi sobie gorzkiej z rozkoszą uronię.

Serafie z nieba, ponadmiar szlachetny!
Ty pod kształtami kobiecej, prześwietnej
Chowasz piękności wszystkiej duszy dzielność,
Jej blask i miłość i jej nieśmiertelność.
Błogosławieństwo po Klątwie wieczystej!
Światło, co Wszechświat opromieniasz mglisty!
Gwiazdo wśród Burzy! Miesiącu w obłoku!
Jedyne Życie śród Śmierci! Uroku!
Cudzie i Dreszczu! Harmonio Przyrody!
Jasne Zwierciadło, w którem wszystkie płody,
Gdy na nie spojrzysz promienną źrenicą,
Widzę znów siebie i jak w słońcu świécą —
Wszak nawet pieśń ta, co cię smutkiem darzy,
Snać się płomieniem błyskawicznym żarzy!
O, zmyj-że ślady ziemskich wad i kału
Z tego żałoby pełnego hejnału,
Zmyj łzą błękitną, co ci świętą rosą
Płynie ze źrenic, podobnych niebiosom;
Płacz, aż ta boleść w zachwyt się przemieni,
A ten uśmiechem zbaw od śmierci cieni.

Nigdym nie myślał, że mój sen młodzieńczy
W taki się skutek, nim umrę, uwieńczy: