Strona:Poeci angielscy (Wybór poezyi).djvu/284

Ta strona została uwierzytelniona.


Gdy kwiaty zwiędną, przez ich tkankę żarzą
Gwiazd się iskrami lub księżyca twarzą;
Lub dzień tu ryje, wstając w zórz purpurze,
Kwiatów mozajkę w paryjskim marmurze.
Dzień i noc tutaj, gdy spojrzymy z wieży,
W uściskach z morzem ta ziemia snać leży.
I tak oboje snać marzą bez końca
O falach, kwiatach, złotych chmurkach słońca —
O tem, co drga tak w ich uśmiechu czystym,
A co my światem zwiemy rzeczywistym.

Moje ta wyspa i ten gmach, ty panią
Będziesz nad pustą, rozkoszną przystanią.
Tu ja dla ciebie komnaty roztworzę,
W złocistą wschodu zapatrzone zorzę,
Pieszczone wiatrem, co po mórz głębinie,
Sam jako fala, śród fal drży i płynie.
Nut ci dostarczę i ksiąg nagromadzę —
Wszystkich narzędzi, które duchom władzę
Dają podniosłym, ażeby zbudziły
Przyszłość z kolebki, a przeszłość z mogiły,
Aby na wieki to dziś do łańcucha
Szczęścia przykuły i do ogniw ducha,
Co mogą drzemać, lecz wieczyście żyją,
Albowiem w sobie swoją wieczność kryją.
Prosty nasz żywot wymaga niewiele,
I smak nasz zdrowy tu się nie podściele,
Pod stopy zbytku, co ten świat pustoszy,
Pragnąc go zdobić. Tu w cichej rozkoszy
Z swemi się dziećmi natura rozgości;
Tu się wśród bluszczów żali swej miłości
Grzywacz; tu sowa okrąża wieżyce,