Strona:Poeci angielscy (Wybór poezyi).djvu/321

Ta strona została uwierzytelniona.


Kiedy w tem z gąszczy jakowaś bogini
Jęła się krokiem zbliżać uroczystym —
Z widnym zamiarem w oczach, że ku niemu.
On, przerażony, odczytał zamysły
I melodyjnem tak przemówił głosem:
«W jaki ty sposób przyszłaś tu przez morze,
Którego żadna nie dotknęła stopa?
Albo czyż — powiedz — kształt ten starodawny,
W takie obleczon suknie, do tej pory
W tych tu przebywał stronach niewidzialny?
Prawda. Słyszałem-ci szmer twego płaszcza
Nad spadającem liściem, gdym samotny
Siadywał w chłodzie tego lasu... Prawda!
Śledziłem szelest twojego podołka
Nad trawą polan ustronnych; widziałem,
Jak kwiaty główki wznosiły do góry,
Kiedy nad niemi zawiewał twój poszum.
O tak, bogini! Jam przedtem już patrzał
W te oczy twoje, w ich spokój wieczysty,
Przedtem już w twoje spoglądałem lice,
Albo też śniłem»... «Śniłeś — śniłeś o mnie» —
Odpowiedziała ta postać wyniosła, —
«A gdyś się zbudził, znalazłeś przy boku
Lirę złocistą, a kiedyś palcami
Strun jej się dotknął, słuch nieutrudzony
Wytężał cały ten wszechświat, by słuchać
W bólu i wielkiej rozkoszy narodzin
Tego nowego cudu pieśni... Powiedz:
Nie jest to dziwnem, żeś płakał, takiemi
Wyposażony darami? Młodzieńcze,
Jakąż ty troskę możeż mieć? odpowiedz,
Bo smutna jestem, patrząc na łzy twoje;