Strona:Poezje Wiktora Gomulickiego.djvu/17

Ta strona została skorygowana.


Że na świat patrzą kamiennem obliczem,
Że mrok bezgwiazdny dusze ich zalewa,
Że radość widmem jest dla nich zwodniczem;

I że nie wiedzą o czem słowik śpiewa,
I że na piękno brak im czułych oczu,
I że dni gorszych każdy się spodziewa..

Jeden — najbledszy — stanął na uboczu.
Głód mu w policzkach wyżłobił dwa doły;
Nie jadł, i topił wzrok w nieba przezroczu.

Czekał, czy z chlebem nic zejdą anioły -
Potem zaczerpnął w dłoń z konchy trytona,
I pił i świstał i chciał być wesoły...

Aż nagłe, twarz mu zastygła, schmurzona,
I jad0witą przeszył wzroku strzałą
Pałac i kwiaty i posągów łona —

A pod tym wzrokiem wszystko pociemniało.


III.

Gdzie wód błękitność i słońca pozłota?
Gdzie wonnych kwiatów kobierce jaskrawe?
Gdzie gąszcz, co barwą szmaragdu migota?