Strona:Poezje Wiktora Gomulickiego.djvu/187

Ta strona została skorygowana.


27.

Wyczekując, aż radców zgrzybiałe kohorty
Oplączą go więzami nudnego zajęcia,
Otton zgiełku miejskiego słodkie zwiedzał porty:
Teatr, ogród, koncerta; czasem wniebowzięcia
Miewając, gdy mu w loków złocistej obręczy
Jakiś anioł zabłysnął i zgasł, nakształt tęczy...

28.

Zwykle po takiej wizji nie mógł spać noc całą.
W myślach zamęt burzliwy, w piersi czuł płomienie,
Widmo twarzy dojrzanej jak cień go ścigało,
Chciał zapomnieć — i w głębsze zapadał marzenie. —
Trawionego tak wewnątrz niszczącem zarzewiem,
Gdyby spytać: co tobie? — odszepnąłby: nie wiem...

29.

Takich, co z czary uciech nie pili zbyt rano,
Nawiedza czasem, myśli niszczący pogodę
Smutek dziwny, którego dotąd nie nazwano
W medycynie, choć niszczy organizmy młode;
Brat cichej melancholji, co się z wiosną budzi
W sercach kobiet, poetów i nerwowych ludzi.