Strona:Poezye (Odyniec).djvu/522

Ta strona została przepisana.

Z pękiem kluczów za pasem,
Z ciągłym fukiem, hałasem,
Z kąta w kąt dybiąc gdera.

Nie ten gospodarz sknera,
Co przeto, że skarb zbiera,
I jak gryf na nim siedzi,
Sławią go wprzód sąsiedzi,
Myśląc, że coś w potrzebie
Wypochlebią dla siebie;
Aż w końcu, zawiedzeni
A affektach do kieszeni,
Zaczną, z kolei swojéj,
Lżyć go, na czém świat stoi.

Nie ten gospodarz wreście,
Co i na wsi, jak w mieście,
Sadząc się na przepychy,
Sam istny bałwan pychy,
Chce i dom swój, przez zbytek,
Zmienić jak w jéj przybytek,
By przyjmować — nie gości,
Lecz hołd dla swej wielkości;
Aż zostanie zaczasem,
Istnym królem Midasem,
Między sprzęty złotemi,
Sam — z uszami nie swemi.

Lecz zkąd mi te myśli o szlachtach–ciwunach,
O sknerach, o panach–bałwanach? —
Nie taki Pan Michał gospodarz w Jaszunach!