Strona:Poezye (Odyniec).djvu/584

Ta strona została przepisana.

Iżby w nie jedno spójrzenie rzucone,
Iżby za lada westchnieniem wstrząśnione,
We łzyby gorzkie rozlały się pewno!...


IV.


Wtém głos przeciągły, żałosny, ponury,
Zabrzmiał jak z nieba. — Spójrzymy do góry —
Wprost po nad nami, niedójrzane prawie,
We mgle przelotne krążyły żórawie,
I coraz wyżéj wznosząc się w niebiosy,
I coraz nócąc smutniejszemi głosy,
Zdały się niby użalać nademną,
Zdały się z sobą zwać mię do podróży.
Uczułem w sercu pociechę tajemną:
„O! luba! rzekłem, to nam dobrze wróży!
„I one lecą do dalekiéj ziemi,
„One powrócą — i ja wrócę z niemi!“ —

Spójrzałem na nią; — jakby wzrok mój zgadła,
Nagła spokojność lice jéj osiadła;
Przez mękę zda się gorzko uśmiechnęła,
Nie patrząc na mnie, rękę mi ścisnęła,
I by łzy wstrzymać, wzrok wzniosła ku Niebu.

Nagle głos dzwonka rozległ się przed domem.
Przebóg! słyszałem dzwon mego pogrzebu!
Czułem dreszcz śmierci w sercu nieruchomém.
Straszliwa chwilo! — Wtém drżąca i zbladła,
Z głośnemi łzami na pierś mi upadła.