Strona:Poezye Ludwika Kondratowicza tom I-II.djvu/140

Ta strona została przepisana.

Na dachu szkielet krokwi nie nakrytych zgoła,
A w klonie dzwon sygnatury.
Co za rozkoszne miejsce! a pustkami stoi,
Odłogiem leży pasmo pól i sianożęci...
Jak tu pięknie w olszniaku ów strumień się kręci!
On nas spragnionych napoi.
Puszczę konia na trawę, a sam wodą czystą
Orzeźwię się, umyję i ręce i skronie;
A ległszy na murawie, olszyną cienistą
Spaloną głowę osłonię.
 

ŻEBRAK.
Dzień dobry, mój paniczu! Niech cię Pan Bóg broni,

Niech chowa w Swojej opiece.
Wiedz, że tutaj na łące nie wolno paść koni,
Nie wolno poić w tej rzece.
 

PODRÓŻNY.
Jak to! mówisz: nie wolno, — a czyjaż to łąka?

Czy jesteś stróżem najętym?

ŻEBRAK.
Tak panie, jestem stróżem, jak pies, co się błąka,

Czując nad skarbem zaklętym.
Stróżem jestem; ten kościół, te spalone krzyże,
Cmentarz, skąd panisko dyba.
Te łąki, te poletki i te wody hyże,
To moich przodków siedziba,
Czy widzisz za kaplicą gruz pieców ceglasty?
Widzisz ten komin wyniosły?
Czy widzisz stosy węgla, pokrzywy i chwasty,
Co na popiele wyrosły?
Czy widzisz tę w zagonach ziemię nieuprawną?
Nie zawsze była jałową!
Przed trzydziestu latami... niezbyt jeszcze dawno
Tu stał zaścianek Podkowa, —
Tak narzeczon od herbu, co rodu zaszczyty
Głosił z niepamiętnej pory,