Strona:Poezye Ludwika Kondratowicza tom V-VI.djvu/532

Ta strona została przepisana.

Tu się nazbiera płyn gęsty a tłusty,
Co się w mleczarni zwie kwiatem nabiału.
Tak w t skórnym worze na pozór opacznie
Stawią swój udój pasterzowie nasi.
A kiedy zsiadać i ma śmieć już zacznie,
Jeszcze go solą smakowną przykrasi.
W zawartem mleku, po niedługiej przerwie,
Trzoda robaczków lęgnie się i zbiera.
Rusin bez wstrętu pożywa te czerwie,
Bo wie, że od nich cała dzielność sera.
Mlecznych żyjątek drużyna tak mnoga
Idzie na pastwę człowieczego gardła
Tak nieraz paszcza oszczercy i wroga
Całą krainę zgryzła i pożarła!
To zową bryndzą tutejsze narody,
Pokarm to u mnie wielkiego imienia.
Tym kształtem udój haliczańskiej trzody
Na smakowite jadło się zamienia.


XV.

Nie myśl, że dola pasterzów wesoła:
Czarna ich dola i dotkliwa nędza.
Tu małe dziecię nie wie, co to szkoła,
Błąka się w lesie i trzodę zapędza.
Żyjąc z bydlęty, staje się, jak zwierzę,
W służebnej nędzy rodzi się i roście;
A zresztą, wierzaj, że nasi pasterze
Mają po lasach mnogie przyjemnoście.
Na brzegach rzeki rosną wierzby stare,
Są oczerety i bagniste ziele,
Jest z czego strugać pasterską fujarę,
Jest na czem śpiewać żałościwe trele.
Tak w długich nudach pastuszkowie leśni
Przeciągle gwiżdżą, zasiadłszy pod drzewem,
To stare baje, to miłosne pieśni,
Żal przeplatają weselszym napiewem.
Widziałem płoche pasterskie chłopięta,