Strona:Posażna panna.djvu/046

Ta strona została uwierzytelniona.
—  45  —

rantanny pierwszą lepszą parę butów, jakie mu się pod rękę nawinęły, okręciwszy je pierwej w jakiś surdut. Zdobywszy czynem tym wdzięczność sędziego, wrócił do kart, mówiąc:
— Podobnie zatkałem raz otwór w budce strażniczej w San Francisco, gdzie byłem poborcą cłowym. Kto daje karty?
— Pułkownik, słowo honoru!
— Ja dopiero dawałem.
— Major daje — rozstrzygnął konsyliarz.
Gdy czwórka dalej grała, reszta turystów ułożyła się w ubraniach na siennikach. Kolski posmarował stopy świecą łojową mrucząc: Ani mowy o Ganku! wracam z nimi do Zakopanego — muszę drugi raz osobno się wybrać na Ganek... noga otarta zupełnie.
Sędzia stał długo niezdecydowany.
— Nigdy w życiu nie spałem w ubraniu — mówił do siebie; zimno bo zimno, ale mam zarzutkę, dwa paltoty, pled i koc, to musi być ciepło pod niemi, choć się rozbierę.
I prędko począł się rozbierać.
Major, rozdawszy karty, kręcił papierosa. Widząc rozbierającego się turystę, przemówił:
— Kładź się pan w ubraniu. Z górskiem powietrzem niema co żartować; w nocy może być parę stopni mrozu, a tu deska od deski, jak druty w klatce...
— Pójdę za pańską radą.
— Dyrektor karty daje, słowo honoru.
— Konsyliarz dopiero dawał, pułkownik daje.
Sen, zdaje się, należy do najrzadszych gości w schronisku tatrzańskiem. Turyści kręcili się na siennikach, ale w akustycznej budowli każde słowo, krok, stuknięcie budziło echo nawet w przeciwległym końcu, odpędzając sen z oczu. Wiatr dął coraz silniej, aż powoli zaczęły jęczeć i trzeszczeć grube belki schroniska. Zdaleka ozwały się grzmoty, a góry powtórzyły je stokrotnem echem. Burza zawyła całą piersią, ulewa szumiała nad głowami, wicher wyrywał z dachu tu i owdzie po parę gontów, wiązania trzeszczały, grzmoty i pioruny two-