Strona:Posażna panna.djvu/115

Ta strona została uwierzytelniona.
—  114  —

dobrze! to dobre wychowanie, nie będzie przepadać za balami i tańcami... bawiła się chwilowo w Krakowie... może zanadto, ale nie jestto skutkiem wychowania, lecz przypadkowej sposobności...
Guzowski ofiarował sędziemu swe usługi w oprowadzeniu po Lwowie, ale sędzia podziękował mu, wymawiając się interesami. Pożegnali się zatem, a sędzia pokrzepiony obiadem wyszedł na miasto.
Jako rodowity Krakowianin z krwi i kości, patrzył z nieufnością na obce miasto, krytykując w duszy bruk, nieporządek w zamiataniu, nadmiar żydostwa, brudne fiakry i wyszukując wady w każdym przedmiocie, na który rzucił okiem w czasie przechadzki. Na rogu ulicy Akademickiej, ku której podążał, ktoś mu się ukłonił. Sędzia spojrzał ze zdziwieniem i niepokojem, jak gdyby go kto złapał na czem podejrzanem, i ujrzał młodego goga, uprzejmie się uśmiechającego i wyciągającego ku niemu rękę. Po namyśle rozpoznał sędzia w gogu pana Kropińskiego, którego poznał na pikniku w Krakowie.
— Dzień dobry panu! Przemówił pan Kropiński. Jakto miło zobaczyć na obcym bruku Krakowianina! Co pan tu robi?
— W interesach, odparł zimno sędzia, uchylając kapelusza.
— Pyszne miasteczko ten Lwów! ciągnął dalej Kropiński, to nie taka mieścina, jak Kraków! W Krakowie, co? planty, ogród strzelecki, krakowski — i basta! A tu! to rozumię! Wielkie miasto! W Krakowie za pół dnia można wszystkich zobaczyć, tu można miesiąc siedzieć, nim się rozpozna w towarzystwie! Ale wiesz pan, ta panna Marzyńska — sędzie drgnął nagle — ta, co to przy niej siedzieliśmy na balu akademickim, ta wysoka brunetka, wiesz pan, ta, co to...
— Wiem, wiem...
— No, to ma tyle posagu! dokończył pan Kropiński pokazując palcami figę. A u nas w Krakowie poczciwy ludek wierzył, że ma sto tysięcy! ha! ha! Do widzenia, pomyślnych interesów!