Strona:Przybłęda Boży.djvu/147

Ta strona została przepisana.

sze zwiększył respekt dla muzyki w jednostkach, u których szacunek wobec sztuki nie płynął z istotnych pokładów duszy.
Nowe ideje tak tłumnie walą zewsząd w tym okresie, że rozpoczyna się gorączkowe spisywanie pod dyktandem głosów, które są zdyszane, bezładne, ale głośne i wyraźne. Aż się wrzynają w mózg i do wnętrza trafiają z pomijaniem uszu, drogą jakąś inną, bezmiernie prostszą. Trzeba tylko dniem i nocą, w tym nieprzerwanym śnie potwornej jawy słuchać i słuchać i pasać i pisać. Drzwi dla gości zamknięte, uszy dla ludzi zatrzaśnięte. Jestem chory, istotnie chory, zawarty, opętany, nie istnieję.

W zmrocznem, wysokiem sklepieniu kłębią się ciężkie dymy wrzącej Sonaty (op. 57). Jest godzina spisania dialogów z Losem. Godzina wybiła wielkiej powagi. Godzina rezygnacji po wszystkich tych ciosach, kiedy życie twardo przeczyło człowiekowi. Przypominają się ponurem echem tamte wszystkie stratowane oczekiwania — i kobieta, co miłość podeptała, i braci dalekie cienie i rozwiany zarys Konsula. Przypominają się chwile, jak to wewnątrz, w szałasie własnej piersi, narodziła się czystość kobieca i bracia zjawili się najbliżsi i wstał wielki Konsul niezłomny. On teraz drogę wytycza i o ruchach zdobywczego hufca stanowi żelazno. Wydyma się ku górze kształt szeroki i ciemny, ściąga wszystkie w promieniu stu serc złożone skargi i rozczarowania i w mrocznem f-moll urasta do formy, jakiej nie było:
Appassionata.
Trójdźwięk minorowy wdół, wychylający się ku górze smętnem zapytaniem. W ciężkiej odpowiedzi, która tylko pomnożeniem jest rozterki, słychać basowy stuk czterokrotny. Atmosfera, groźnie przeładowana,