Strona:Przybłęda Boży.djvu/160

Ta strona została przepisana.

fagoty i wreszcie silne tutti. Solista, który dotąd pluskiem srebrzystym owiewał drogę orkiestrowego śpiewu, teraz po girlandowym pasażu, w kilku łukach zawieszonym na lśniących nutach, wkroczył w światło z drugim tematem, tak pozbawionym najlżejszego pyłka, tak uduchowionym, te przygasła cała orkiestra, po długiej chwili ważąc się na powstrzymywane pizzicata, niosące na szale pierwszy motyw. Następuje wyrównanie przeciche, w którem jak wyrok brzmi pukanie waltorni (65-ty takt), wśród plecionki eterycznych figur solisty, który potem powtarza temat drugi, nie mający ni wagi ni pojemności. Drugie wyrównanie, głosy mrą, rozwiewają się w przestworach i giną u krańców muzyki.
Wtem gromkie trzaski pobudki otwierają wielką kadencję ad libitum, drzwi na promienne pola ochoczego Ronda, którego drugi motyw, zapewne w związku z sąsiedztwem kwartetów Razumowskiego, ma charakter słowiański.
Koncert Skrzypcowy, jak wiele utworów Beethovena, punkt ciężkości ma w części pierwszej. Część druga jest antytezą w płaszczyźnie kontemplacyjnej ekstazy, część trzecia pogodnym epilogiem, wygładzającym rozruch fal i rozedrganie serc.
W przeddzień wigilji roku 1806 sławny skrzypek i kapelmistrz operowy Franciszek Clement wykonał ów Koncert po raz pierwszy w teatrze „an der Wien“. Był on wirtuozem ogromnie popularnym, to też dla niego, nie dla Beethovena, zebrała się tłumnie publiczność. Clementowi też zawdzięczać jedynie należy, iż Koncert Skrzypcowy znalazł uznanie słuchaczy. Nierównie większy jednak zachwyt wywołała cyrkowa sztuczka koncertanta: na końcu wieczoru burzę oklasków rozpętały zagrane prze solistę „wariacje na odwróconych skrzypcach“! Krytyka znów przyznawała nowemu dziełu Beethovena „niektóre ładne miejsca“,