Strona:Przygody Tartarina w Alpach (Alfons Daudet) 038.djvu

Ta strona została uwierzytelniona.

gąc się powstrzymać, w gruncie mocno wzruszony i przejęty powagą swej roli.
Kiedy nadeszła chwila rozstania, chciał się napić z odjeżdżającym.
— Szklaneczkę czegoś dobrego ...he?
Zbadał wnętrze kilku szaf, ale okazało się, że kluczyk od „czegoś dobrego” zabrała mama. Musiałby ją budzić, tłumaczyć, przeto zastąpiono po naradzie owo „coś dobrego”, „lemonjadą kalabryjską”, ogłaszaną stale we „Forum”, a nazywaną przez złośliwego i zawistnego Costecalda „truposokiem”.[1]. Złośliwość ta przyczyniła zresztą jeno sławy wytworowi aptekarza i taraskończycy przepadali za swym „truposokiem”, nadającym przedziwny smak limonjadzie.
Wypili, uronili kilka łez, objęli się, ucałowali, Bezuguet świstał bez przerwy, popłakując tak, że mu z wąsów kapało.
— Bądź zdrów... hę! — powiedział szorstko Tartarin, czując, że sam płacze, a potem wyszedł z apteki na czworakach, ponieważ ciężka roleta żelazna spuszczona była nisko.
W ten sposób rozpoczął swe podróżne przygody.

W trzy dni później znalazł się w Witznau, u stóp Rigi. Postanowił zacząć swe ćwiczenia turystyczne od tej właśnie góry, niezbyt wysokiej, (1800 metrów, a więc około dziesięć razy wyższej od „Strasznego szczytu“), a zarazem zażyć niezwykle pięknego widoku, jakim się z jej szczytu zazwyczaj poją podróżni.

  1. Zachodzi tu nieprzetłumaczalna asonancja słów: „Sirop le Calabre, dix sols (soldy) la bouteille verre compris i — „Sirop les cadarres (trupy) vers (robaki) compris — (Syrop trupi z robakami). Przyp. tłum.