Strona:Przygody Tartarina w Alpach (Alfons Daudet) 100.djvu

Ta strona została skorygowana.

dzy, że uciekł z jakąś aktorką, z którą się porozumiał potajemnie. Inni zaręczali, że powodowany żądzą sławy, udał się na dalekie wyspy, by założyć nową kolonię pod nazwą: Port-Tarascon, lub może Wędrował po Afryce centralnej w poszukiwaniu za Liwingstonem.
Coprawda, Liwingstone dawno umarł, ale wyobraźnia taraskończyków drwi sobie z pojęć przestrzeni i czasu. Przytem owe ideje wstąpienia do zakonu trapistów, kolonizacji odległych krajów i podróże po Afryce, były to wszystko marzenia Tartarina, który śnił na jawie i dzielił się swemi fantazjami ze znajomymi. To też puścili się oni teraz na flukta przypuszczeń, dotknięci tem, że im się nie zwierzył i udawali wobec tłumu, te są jak najdokładniej powiadomieni o zamysłach pierwszego obywatela miasta. Gdy byli w swojem kółku, śledzili się, szpiegowali i starali się wydrzeć jedni drugim tajemnicę. Excourbanies posądzał Brawidę, że wie coś niecoś, a Brawida zaręczał: — Bezuguet zna rzecz całą. Milczy i spoziera zpodełba jak pies, trzymający kość w zębach.
Aptekarz rzeczywiście znosił straszne męki, piastując w łonie zarzewie owej tajemnicy, która paliła ogniem piekielnym. Milczał, krył się, szpiegował i podsłuchiwał innych. Dosyć pomyśleć, że żył w Taraskonie, by pojąć ogrom męczeństwa tego świętego taraskońskiego, Bezugueta, który wiedział coś, a nie mógł tego powiedzieć.
Dlatego też onego wieczoru, mimo straszliwych mieści i obawy o przyjaciela, doznawał uczucia ulgi i radości niewysłowionej. Biegł na posiedzenie jak jeleń. Nareszcie! Nareszcie będzie mógł przerwać straszne milczenie, wywnętrzyć się, pozbyć zmory, która mu tak ciężyła. Biegł, a w przelocie ronił ze siebie ów nektar słodki, rzucając półsłówka i do-