Strona:Przygody Tartarina w Alpach (Alfons Daudet) 119.djvu

Ta strona została skorygowana.

spotkać może. Zdawało mu się, że patrzy na album, rozkładający się w nieskończoność, na jakim zazwyczaj znajdują się fotografje okolic, miast i rzeczy godnych zwiedzenia, a każdy obrazek przedstawia męki rozliczne i straszliwe, które go czekają.
Oto pracuje w kopalni ołowiu na Syberji, jako katorżnik, po pas we wodzie, od której organizm jego nabawia się strasznych chorób. Ucieka i kryje się po lasach, zasypanych niezgłębionym śniegiem, ścigają go Tatarzy z psami, tresowanemi do polowania na ludzi. Wyczerpany, zgłodniały, pada wreszcie i zostaje powieszony pomiędzy dwoma złoczyńcami. Przed śmiercią całuje go w czoło pop pijany, cuchnący wódką, z włosami lśniącemi, wysmarowanymi łojem renim, tymczasem zaś w Taraskonie, w piękny, słoneczny dzień, nikczemni członkowie K. A. osadzają na prezydialnym fotelu łotra Costecalda, którego oblicze promienieje szczęściem.
W czasie jednej z takich tortur nocnych, spotniały, drżący, wydał z udręczonej piersi rozpaczny okrzyk: — Ratuj Bezuguecie! Potem, zaraz rano napisał do aptekarza ów list poufny, pełen przeczuć strasznych, będący bezpośrednim wyrazem mąk doznanych. Ale wystarczyło, by Zonia spojrzała z powozu ku jego oknu i powiedziała: — Dzieńdobry! — a oczarowanie wracało z całą mocą i niemoc wyrwania się ze szponów uroczej czarodziejki stawała się jeszcze głębsza niż przedtem.
Pewnego dnia, kiedy wracał z „Kursalu“ do hotelu z Wasyljewami i Bołybinem po długim, denerwującym koncercie, nieszczęsny Tartarin zapomniał o wszystkiem i przyciskając do piersi ramię Zoni, wyrzekł nakoniec słowa, które mu się dawno cisnęły na usta.
— Kocham cię, Zoniu!... — Nie zdziwiła się wcale, nie cofnęła nawet, spojrzała nań tylko poważ-