Strona:Przygody Tartarina w Alpach (Alfons Daudet) 161.djvu

Ta strona została skorygowana.

że nie wyglądasz pan na złego człowieka! Sądzę, że nie zechcesz pan pozbawić biednego człowieka, obarczonego rodziną, zarobku, z którego żyje? Prawda? Ano, to dobrze! Mam tam na górze całą bandę turystów, którzy chcą zwiedzić podziemie Bonnivarda. Gdybyś mi pan przyobiecał, że będziesz się zachowywał spokojnie i nie uciekniesz gdy otworzę drzwi...
Poczciwy Tartarin złożył najuroczystszą przysięgę i w pięć minut potem zobaczył w swem więzieniu całe, znane sobie, towarzystwo z Rigi-Kulm, Tellsplatte i Scheidecku. Był tu słynny Astier-Réhu i równie słynny wróg jego prof. dr. Schwanthaler z żoną, był lord Chipendale z siostrzenicą (hm... hm...) były chłopięce misses, słowem cała menażerja Cooka znalazła się w komplecie.
Strasznie zawstydzony, bojąc się, by go nie poznano, ukrył się za filarem i cofał się wgłąb podziemia, w miarę, jak turyści następowali mu na pięty. Dozorca oprowadzał ich sumiennie wszędzie, mówiąc grobowym głosem:
— Oto tutaj nieszczęsny Bonnivard...
Uczeni kłócili się ze sobą znowu w dwu językach, nie słuchając się wzajem, ale gotowi każdej chwili skoczyć sobie do oczu. Jeden potrząsał kuferkiem, drugi torbą, a turyści przysłuchiwali się, ziewali i łazili ospale po podziemiu.
Tartarin, posuwając się coraz to bardziej wgłąb, stanął nareszcie nad skrajem owej „zapominki”, to jest dziury w podłodze, głębokiej i czarnej, studni, w którą rzucano więźniów, lub w którą sami wpadali przypadkiem. Wiał stamtąd zgniło-lodowaty dech stuleci. Zatrzymał się przerażony i zaszył się w kąt, nasuwając kaszkiet na oczy. Ale wilgoć i saletrzany odór oddziałały w ten sposób na jego narządy powonienia, że zakręciło mu się w nosie