Strona:Przygody Tartarina w Alpach (Alfons Daudet) 197.djvu

Ta strona została skorygowana.

podczas, gdy ten wisielec, niegodny nawet mojej liny, jak tamten szpieg, siedzi sobie teraz w cukierni na Plantacjach i pije spokojnie kawę z rumem.
Klął tak długo i miotał wyzwiska, nie spostrzegł tedy, że wiatr przycichł, śnieg przestał sypać, a nawet na horyzoncie pokazały się skrawki błękitu.
Natychmiast opuścili niebezpieczne nad wyraz schronisko, związali się liną, a Tartarin, jak dotąd, stanął na przodzie. Zanim ruszyli w drogę, położył palec na ustach i powiedział:
— Drogi Gonzago... pamiętaj... to, cośmy mówili, to nasza... wyłącznie nasza tajemnica.
Budiu! Jakżeby też... naturalnie!
Pełni otuchy, poszli w kierunku doliny, zapadając po kolana w śnieg, świeżo spadły, przeto pulchny i lekki jak puch. Ale zasypał on wszelki ślad stóp i oskardów karawany tak, że Tartarin co pięć minut musiał radzić się swej busoli. Ale busola ta, przyzwyczajona do łagodniejszego klimatu, dotknięta została jakąś chorobą od czasu przyjazdu do Szwajcarji. Igiełka skakała na wszystkie strony nerwowo, wprost szaleńczo. Szli prosto przed siebie i nagle znaleźli się przed czarnemi skałami Grands-Mulets, odcinającemi się jaskrawo od śnieżnej bieli iglic turni i grani lodowych, otaczających ich półkręgiem.
Miało to wszystko zgoła odmienny wygląd od lodowca, którym szli wgórę, to też ogarnęło ich przerażenie. Mogły się kryć pod stopami, nakryte śniegiem, niebezpieczne szczeliny, gardziele i szerokie rotury.
— Spokojnie... tylko spokojnie, Gonzago! — powiedział, drżąc ze strachu, Tartarin.
— Właśnie tego artykułu nie posiadam wcale — zawołał Bompard żałośliwie i nagle jęknął: — Ach... moja noga! Ach, moje kolano... biedne moje ko-