Strona:Przygody Tartarina w Alpach (Alfons Daudet) 207.djvu

Ta strona została skorygowana.

usta do gwizdania... biedaczysko!... Teraz przywiązują do sztandaru czarną krepę! Zbliża się do stołu Bompard z trzema delegatami... Kładzie coś na stole... Zaczyna mówić... Musi to być śliczna mowa, bo wszyscy płaczą... wszyscy do jednego...
W istocie, w miarę, jak Bompard mówił, wzruszenie ogarniało wszystkich. Mówił wspaniale! Wróciła mu pamięć, wróciła wyobraźnia. Nakreślił przed zebranymi obraz swój i nieodżałowanego towarzysza i przyjaciela, jak stojąc sami jedni na szczycie Mont-Blancu, dokąd im, z obawy zawieruchy, nikt nie chciał towarzyszyć, powiewali sztandarem Klubu. W wymownych słowach przedstawił dwie postacie nieustraszonych śmiałków, stojących na najwyższej turni Europy, szarpanych huraganem, który przeraził najwytrwalszych, najznakomitszych nawet przewodników. Potem, drżącym od wzruszenia głosem opowiedział jak schodzili po niebezpiecznych upłazach pośród szalejących wokoło lawin, jak mijali chwiejące się seraki, kryli pod jednym z nich, każdej chwili gotowi na śmierć i jak wkoncu stało się nieszczęście. Tartarin wpadł w bezdenną gardziel rotury, on zaś, Bompard, uwiązany do liny dwuchset metrowej długości, spuszczał się wielokrotnie, badając otchłań.
— Dwadzieścia... co mówię... więcej niż dziewięćdziesiąt razy sondowałem ową czeluść lodową, nie mogąc dotrzeć do nieodżałowanego prezesa i tylko stwierdziłem, że tam musi spoczywać, zbierając szczątki, jakie przyczepiły się do wyskoków ściany lodowcowej.
Powiedziawszy to, ułożył na suknie, okrywającem stół, złomek szczęki, garstkę włosów z brody, kawałek materji z kamizelki i sprzączki od szelek. Wszystko to przypominało wielce zbiory szanownego martyrologa z Grands-Mulets.