Strona:Przygody Tomka Sawyera tłum. Tarnowski.djvu/96

Ta strona została przepisana.

Nie, zostanie żołnierzem i wróci po latach okryty ranami i sławą, Albo jeszcze lepiej: pójdzie do Indjan, będzie polował z nimi na bawoły, chodził ich ścieżkami wojennemi wśród dzikich gór i po olbrzymich, bezdrożnych prerjach Dalekiego Zachodu, wróci kiedyś, w odległej przyszłości, jak o wielki wódz z orlemi piórami na głowie, z przeraźliwie umalowaną twarzą; pewnego upalnego dnia wkroczy dumnie do szkółki niedzielnej, z mrożącym krew okrzykiem wojennym, aż kolegom jego oczy nawierzch wyjdą, i pękną z zazdrości! Albo nie: jest jeszcze coś wspanialszego niż to. Zostanie piratem! Tak jest! Teraz jasno widział swą przyszłość, jaśniejącą nieopisanym blaskiem. Imię jego rozebrzmi na świat cały i wszyscy będą przed nim drżeli! Z chwałą będzie przecinał wzburzone morze swoim długim, wąskim, czarnym żaglowcem „Duchem Burzy“, na którego maszcie powiewać będzie straszna bandera! A gdy stanie u szczytu chwały, zjawi się kiedyś niespodzianie w swojem rodzinnem mieście, czarny, opalony wichrami morskiemi, i wkroczy dumnie do kościoła w czarnym, aksamitnym kaftanie i takich samych spodniach, w wielkich butach z cholewami, przepasany karmazynową szarfą, z kawaleryjskiemi pistoletam i za pasem, z szablą u boku (pokrytą plamami krwi), w szerokim kapeluszu z powiewającemi piórami, z rozwiniętą czarną chorągwią, na której widnieć będzie trupia czaszka i skrzyżowane piszczele — tak wejdzie i z rosnącą dumą i zachwytem będzie słuchał takich szeptów: „To jest pirat, Tomek Sawyer! Czarny Pogromca Hiszpańskich Wód!”