Strona:Robert Ludwik Stevenson - Porwany za młodu.djvu/177

Ta strona została skorygowana.

— Dziwić się należy, — powiadał, — skąd dzierżawcy wynajdują pieniądze, gdyż życie ich to istna głodówka. Aść nie nosisz przy sobie takiej rzeczy, jak tabaka, panie Balfour? Nie? No, to mogę się bez niej obyć. Ale ci dzierżawcy (jakom powiadał) są bezwątpienia poniekąd zniewalani do tego. Jakób Stuart w Duror (ów, którego zową Jakóbem z Wąwozów) jest przyrodnim bratem Ardshiela, naczelnika klanu; ten zaś jest człekiem bardzo poważanym i sprawuje surowe rządy. Ponadto jest też człek, zwany Alan Breck...
— Ach! — wykrzyknąłem, — i cóż o nim wiadomo?
— A cóż wiadomo o wichrze, który wieje, kędy mu się żywnie podoba? — rzekł Henderland. — On chadza tędy i owędy; dziś przyjdzie, jutro odejdzie, skrada się jak żbik po wrzosowiskach. Możeć on w tej chwili przygląda się nam obu z poza tamtego krzaka tarniny... nie dziwiłbym się wcale, gdyby tak było! Nie ma aść przy sobie przypadkiem tabaki?
Odpowiedziałem, że nie mam, nadmieniając, że zapytywał mnie już o to niejednokrotnie.
— Bardzo możliwe — rzekł wzdychając. — Atoli wydaje mi się rzeczą dziwną, iż aść jej nie nosisz. W każdym razie, jakom powiadał, ten Alan Breck to zuchwały, desperacki drapichrust i powszechnie wiadomo, że jest prawą ręką Jakóba. Na jego głowę już zdawna nałożono cenę; on jednak niczego się nie lęka i jest też rzeczą możliwą, że gdyby któryś z dzierżawców wzbraniał się go posłuchać, dostałby pchnięcie sztyletem pod żebro.
— Przykre sprawy opowiadasz mi, panie Henderland, — powiadam na to. — Jeżeli obie strony jedynie wywierają postrach, to już nie chcę słuchać o tem wszystkiem.

159