Strona:Robert Ludwik Stevenson - Porwany za młodu.djvu/185

Ta strona została skorygowana.

oświetlił małą szkarłatną plamkę, posuwającą się wzdłuż krawędzi wodnej ku północy. Czerwień tejże bardzo przypominała kabaty żołnierskie; ponadto od czasu do czasu ukazywały się tam małe skierki i błyśnięcia, jak gdyby słońce odbiło się w migotliwej stali.
Zapytałem mego przewoźnika, co to mogło być takiego, on zaś mi odpowiedział, że wedle jego przypuszczenia jest to oddział czerwonych żołnierzy, ciągnących z Fortecy Williama na Appin, przeciwko biednym czynszownikom miejscowym. Był to, zaiste, widok dla mnie przykry — i czy to zajęty byłem myślami o Alanie, czy też w sercu taiły mi się jakieś przeczucia, dość że jakkolwiek dopiero po raz drugi zdarzyło mi się widzieć wojaków króla Jerzego, nie żywiłem dla nich przyjaznego uczucia.
Nakoniec podjechaliśmy tak blisko ku wysterkowi lądu u wnijścia do Loch Leven, iż zacząłem prosić, by mnie wysadzono na brzeg. Mój przewoźnik, który był człekiem uczciwym i pomnym obietnicy danej katechecie, rad byłby chętnie zawieść mnie do Ballachulish; jednakowoż że byłoby to mnie jeno oddalało od tajemnego celu mej wyprawy, więc uparłem się przy swojem i nakoniec wysiadłem na ląd pod lasem Lettermore (albo Lettervore, bo i tak słyszałem), w Appinie, rodzinnych stronach Alana.
Był to las brzozowy, rosnący na stromej, urwistej zboczy górskiej, zwieszającej się nad odnogą. Często gęsto trafiały się w nim polany i parowy zarosłe paprocią; przez jego środek biegła droga lub raczej perć przełęczna, wiodąca od południa ku północy; przy jej krawędzi, gdzie znajdowało się źródełko, usiadłem, by spożyć parę owsianych podpłomyków, danych mi przez p. Henderlanda, i zastanowić się nad mem położeniem.

165