Strona:Robert Ludwik Stevenson - Porwany za młodu.djvu/250

Ta strona została skorygowana.

Wnętrze było na tyle obszerne, iż mogło dość wygodnie pomieścić pięć do sześciu osób; wysterk skały zręcznie zużytkowano na polepę pod ognisko, a dym wznosząc się po ścianie krzesanicy i niezbyt się od niej różniąc barwą, łatwo uchodził oczu ludzi, stojących u podnóża góry.
Była to tylko jedna z kryjówek Cluny’ego; miał on ponadto jaskinie i podziemne nory w wielu stronach swej dziedziny, a kierując się doniesieniami swych wywiadowców przenosił się lub z jednej do drugiej w miarę jak żołnierze zbliżali się lub oddalali. Dzięki temu trybowi życia i dzięki życzliwości swego klanu nietylko mógł tu przebywać bezpiecznie, gdy tylu innych bądź uciekło, bądź zostało pojmanych i zabitych, — ale przetrwał tu jeszcze z jakie pięć lat później, dopóki stanowczy rozkaz jego zwierzchnika nie skłonił go wkońcu, by wyjechał do Francji. Tam zmarł niebawem — i dziwna pomyśleć, jak mu tam żal było onej klatki na Ben Alder.
Kiedyśmy stanęli w drzwiach, on siedział przy swym opoczystym kominku, doglądając pacholika, zajętego pitraszeniem jakiegoś jadła. Sam był ubrany nader skromnie; na uszy wcisnął sobie kraciastą szlafmycę i ćmił krótką, niemile pachnącą fajeczkę. Pomimo to miał, maniery iście królewskie i warto było go widzieć, jak wstawał z miejsca na nasze powitanie.
— Czołem waszmości, panie Stuart! — ozwał się. — Bądź łaskaw wejść i wprowadzić swego przyjaciela, którego imię nie jest mi jeszcze wiadome.
— Jakże się waćpan miewasz, panie Cluny? — rzekł Alan. — Mam nadzieję, że tęgo, mospanie. Dumny jestem że widzę waćpana i mogę mu przedstawić swego przyjaciela, Imć pana Dawida Balfoura, dziedzica Shaws.

228