Strona:Robert Ludwik Stevenson - Porwany za młodu.djvu/269

Ta strona została skorygowana.

wygwizdywał najrozmaitsze melodje i spoglądał na mnie zukosa, uśmiechając się wyzywająco.
Trzeciej nocy wypadło nam przechodzić przez zachodnią rubież kraiku Balquyhidder. Noc była jasna i chłodna, w powietrzu dawał się odczuć lekki przymrozek; północny wiatr rozgonił chmury i niebo wyiskrzyło się gwiazdami. Strumienie były jeszcze wezbrane i budziły wielki hałas wśród gór; atoli zauważyłem, iż Alan nie myślał już o wodniku i był w przepysznem usposobieniu. Dla mnie owa zmiana pogody przyszła nazbyt późno; przeleżałem się był w błocie tak długo, że (jak powiada Pismo święte) sama odzież moja „wstręt mi czyniła;“ byłem śmiertelnie znużony, ciężko chory, pełen dreszczów i dolegliwości; zimny dech wiatru nawskroś mię przenikał, a jego szum ogłuszał moje uszy. W tej niedoli musiałem jeszcze znosić pewnego rodzaju prześladowanie ze strony mego towarzysza. Gadał on teraz bez ustanku, a nigdy bez jakiejś uszczypliwości. „Whig“ — było to jeszcze najlepsze miano jakiem mnie obdarzał.
— Hejże, mój Whigusiu, — powiadał, — przeskoczno ten rowek! Wiem, że z ciebie skoczek nielada!
I tak wciąż na różne sposoby, zawsze przedrzeźniając mi się przytem głosem i twarzą.
Wiedziałem, żem ja sam, a nie kto inny, był temu przyczyną; jednakże zanadto byłem sterany, bym zdobył się na skruchę. Czułem, że już niedaleko mogę się zawlec, lada dzień niechybnie padnę i skonam, jak owca lub lis, na tych oślizgłych od wilgoci górach, a kości moje tu zbieleją, jak kości dzikiego zwierza. Miałem głowę wichrowatą, to być może, — bądź co bądź, zacząłem się lubować tem wyobrażeniem, zaczą-

247