Strona:Robert Ludwik Stevenson - Porwany za młodu.djvu/293

Ta strona została skorygowana.

— Dawidzie, — rzecze on na to, — jesteś człowiekiem małej pomysłowości i małej wiary. Ale niechno ja tylko wyostrzę sobie dowcip, zobaczysz, że o ile nie potrafię wyprosić, pożyczyć lub chociażby ukraść łodzi, to ją sam zrobię!
— Tak jakbym cię widział! — rzekłem. — Ale powiem ci jeszcze rzecz jedną, co najważniejsza. Jeżeli przejdziesz most, nie wzbudzi to żadnych podejrzeń, ale jeżeli przeprawimy się przez odnogę morską... łódź znąjduje się u przeciwnego brzegu... juści, ktoś tu ją przyciągnął na całem pobrzeżu zaczną się pogwarki, domysły...
— Człowiecze! — krzyknął Alan, — jeżeli wystaram się o łódź, to — wystaram się i o kogoś, ktoby ją odwiózł z powrotem! Przeto nie ogłuszaj mnie już podobnemi bzdurstwami, tylko chodź za mną (bo to tylko do ciebie należy) i pozwól Alanowi, by myślał za ciebie.
Szliśmy więc przez całą noc północną stroną kotliny pod wyniosłą rubieżą gór Ochilskich, omijając ostrożnie Alloa, Clackmannan i Culross. Około dziesiątej rano, zziajani setnie i zgłodniali, doszliśmy do małej osady Limekilns. Jest to miejscowość położona prawie nad samym brzegiem wody; widać stąd miasteczko Queensferry (Przewóz Królowej), rozłożone na przeciwnym brzegu. Dymy snuły się ponad osadą i miasteczkiem, jako też ponad innemi wioskami i folwarkami, rozsypanemi dookoła. Na polach odbywały się żniwa. W odnodze morskiej dwa okręty stały na kotwicy, a po wodnej powierzchni w tę i ową stronę przesuwały się łodzie. Był to dla mnie widok nader przyjemny i nie mogłem do syta napatrzeć się tych powabnych, zielonych, uprawnych wzgórków oraz tych ludzi, co krzątali się na polach i na morzu.

269