Strona:Robert Ludwik Stevenson - Porwany za młodu.djvu/43

Ta strona została skorygowana.

Stryj potrzebował wielkiego wysiłku, by zapanować nad sobą.
— Mój zuchu, Dawidzie, — odezwał się — nie powinieneś mi mówić o swoim ojcu. W tem właśnie tkwi cały błąd.
Usiadł na chwilę, dygocąc, i zerkał na swój talerz.
— Był to jedyny brat jakiego, miałem — dodał lecz w głosie jego nie było serdeczności; potem podniósł łyżkę i dalej jadł wieczerzę, wciąż jeszcze się trzęsąc.
To ostatnie zajście, owo podniesienie ręki na mą osobę i nagłe oświadczenie miłości ku memu nieboszczykowi ojcu, było mi już tak niepojęte, iż obudziło we mnie zarówno lęk, jak i otuchę. Z jednej strony zacząłem sądzić, że stryj mój może jest szalony i kto wie, czy nie groziło mi od niego niebezpieczeństwo; z drugiej zaś strony przychodziła mi na myśl (chociażem jej nie wywoływał, a nawet oddalałem ją od siebie) opowieść z jakiejś dumki, którą słyszałem był śpiewaną przez lud prosty, o biednym młodzianie, co był prawnym spadkobiercą, i o złym krewniaku, usiłującym wydrzeć mu należną majętność. Albowiem czemużby miał mój stryj bawić się w takie ceregiele ze swym synowcem, który przybył prawie jak żebrak do jego drzwi — jeżeliby w głębi ducha nie miał jakiegoś powodu, by się go obawiać?
Przejęty temi domysły, wprawdzie całkiem nieświadomemi, niemniej jednak zapuszczającemi silne korzenie w mózgu, zacząłem teraz naśladować jego przebiegłe spojrzenia, tak iż siedzieliśmy przy stole niby kot z myszą, podglądając ukradkiem jeden drugiego. Nie starał się już mnie ni słówkiem zagadywać o to lub owo, tylko uporczywie coś rozważał w skry-

29