Strona:Romain Rolland - Dusza Zaczarowana III.djvu/117

Ta strona została przepisana.

— A więc rób, co chcesz! Ale przynajmniej obserwuj, głuptaku!
Potem pytała:
— No, widziałeś głupca?
On odpowiadał:
— Widziałem. Byłem głupcem.
— Miałaś rację.
Chodzili razem po mieście, w którem nic tajnego nie było dla Sylwji i z czem się też nie kryła wcale...
— Nazywam wszystko po imieniu.
Nacóż się zdała skromność udawana. Śmiałe jej słowa, poważna praca, silna uczciwość, równowaga porządku i swobody były to źródła, u których wzmacniał się i nabierał kontroli nad sobą rozprężony umysł chłopca. W ten to sposób ze stałej poufałości, w oczach bojaźliwych mogącej mieścić niebezpieczeństwo, wyłoniło się szczere, wolne od wszelkich dwuznaczności braterstwo, nowicjusza i starszej towarzyszki.
Przywiązanie to nie było zresztą dla Marka sprawą najpoważniejszą, stanowiło dlań tylko rozrywkę w myślach innych.

∗             ∗

SYLWJA nie wspominała Markowi o Anetce. Podejrzywał on jednak, że ciotka wysyła matce tygodniowe sprawozdania o nim. Domyślając się tego, sprytna osóbka postanowiła urządzić sztuczkę i kilka razy zostawiła na stole list otwarty, pewną będąc, że go przeczyta. Marek stwierdził, iż niema o nim wzmianki i miast zadowolenia, uczuł urazę. Nie pragnął wcale, by się z nim nie liczono. Pewnego dnia spytał niecierpliwie:
— Cóż wy sobie macie ciągle do powiedzenia?

99