Strona:Romain Rolland - Dusza Zaczarowana III.djvu/134

Ta strona została przepisana.

jak: higjena, antyseptyka... Szło o to, by mnożąc śmierć, uczynić ją czystą i schludną. Pokryto więc politurą złoża brudu nowego szpitala... starego pensjonatu... połączono odór kwasu karbolowego z odorem zgnilizny, oddano klasy pod patronat Św. Ambrożego, męczennika, i wyposażono zakład w łazienkę... nowość niesłychaną!...
A cały ten luksus miał służyć Boszom? Miasteczko zawrzało oburzeniem. Był to cios straszny. Walki miesięcy ostatnich zdziesiątkowały ludność miejscową. Każda niemal rodzina okryła się żałobą. Nawykowa apatja doznała desperackiego, wprost, wstrząsu. Sam personel szpitala różnił się w poglądach. Pewna grupa postanowiła odmówić pomocy nieprzyjacielowi. Petycja zredagowana naprędce krążyła z rąk do rąk, Nadejście konwoju uprzedziło decyzję ostateczną. Dowiedziano się o fakcie dopiero w chwili przybycia rannych. Wszyscy wylegli na ulicę...
Rozpaczliwy korowód był już poza obrębem stacji. Ulica kolejowa została natychmiast zalana, niby ściek podczas deszczu. Zazwyczaj byli to ludzie nieszkodliwi, dobroduszni, obojętni, prostaccy, ale nie źli. Ale najgorsze instynkty rozgorzały w jednej chwili. Wycie zwiastowało zdala już zbliżanie się konwoju. Ujrzano dwa wozy napełnione żywemi strzępami. Ranni zwisali niby łachmany, to głowami przekręconemi wstecz, to rękami, których paznokcie ryły kurz drogi. Mała grupka lżej rannych kroczyła przodem. Mieli bandaże na głowach, lub ramionach. Na przedzie widać było wysoką, chudą postać niemieckiego oficera. Eskorta była niedostateczna. Tłum wzniósł pięści, kobiety nastawiły paznokcie i rzucono się na spotkanie... Święte przymierze! Widać tu było robotników, drobnych przekupniów, mieszczan, a nawet o kilka kroków wtyle

116