Strona:Romain Rolland - Dusza Zaczarowana III.djvu/144

Ta strona została przepisana.

Herman patrzył z uśmiechem.
— Pani nie pochodzi stąd?
— A skądże? Jestem Francuzką.
— Z której prowincji?
— Z Burgundji.
— Jest wino w krwi waszej.
— Jest krew w naszem winie.
— A więc chętnie wypiję od czasu do czasu szklankę tego wina. Czy mogę prosić o kwadrans rozmowy, gdy pani będzie się czuła przesycona energją, a niezbyt pozbawioną cierpliwości?
Anetka przyrzekła i wróciła. Zaprzyjaźnili się rychło z sobą.
Rozmawiali o wszystkiem, z wyjątkiem wojny. Za pierwszem zaraz słowem Anetki chory uczynił gest, powstrzymujący ją. Przejście wzbronione. Zawracać!...
— Nie mówmy o tem!... Pani nie zrozumie... I nietylko sama pani... Wy wszyscy, którzy jesteście tutaj... tutaj... Ach, to są dwa zgoła odrębne światy... Nie mają wspólnego języka.
— Czyż naprawdę nie zrozumiałabym?
— Nie. Nawet pani mimo całego zapału sympatji. Miłość nie zastąpi braku doświadczenia. Niesposób przetłumaczyć tego, co zostało zapisane w księdze ciała.
— Czemużby nie spróbować? Bardzo pragnę zrozumieć... nie przez ciekawość... ale by pomóc! Radabym kornie przybliżyć się do przeżyć pańskich.
— Dziękuję pani. Ale najlepszą pomocą dla nas jest dopomóc do zapomnienia. Nawet wśród towarzyszy,... po tamtej stronie... wykluczamy z rozmów naszych za ogólną zgodą to, co jest po tamtej stronie. Nie cierpimy sprawozdań wojennych, książek, dzienników. Wojna nie jest literaturą.
— Życie także nie.

126