Strona:Romain Rolland - Dusza Zaczarowana III.djvu/149

Ta strona została przepisana.

jednacy, skoro się kochali wzajem? Kochała go, ale znużyło ją to i gdy raz wrócił do domu, zastał klatkę pustą. Uciekła, tłumacząc w kilku wierszach dlaczego. Przejście było ciężkie, ale odniosło skutek. Dowiedział się, że ludzie chcą być kochani przez nas za to, czem są, ale go, nie za to, czem my sami jesteśmy.
Dziwna pretensja... nieprawdaż? Ale trzeba się z tem pogodzić... Od tej pory starałem się...
Opowiedział przygodę, jak zawsze, przez pół żartem.
— Przyjmować wszystko od tych, których się kocha, można śmiało, o ile sami opłacamy koszta! — powiedziała. — A jeśli płacą oni, albo jeśli są to sąsiedzi, czyż wolno tak czynić?
— Pani ma na myśli wojnę?
— Wojna, czy pokój, rzecz obojętna! Jest to las Bondy, gdzie silni zjadają słabych, a ich zjadają mocniejsi jeszcze!
— A więc istnieją tylko słabi i wkońcu zostaną zjedzeni wszyscy.
— Stoję po stronie zjadanych!
— Ha, ha... a jednak żyje pani i ma silne zęby!
— Chciałabym mieć tylko usta, by całować wszystkich, co żyją. Ponieważ jednak Nienazwalny wsadził mi w usta te noże, chcę ich użyć jedynie dla obrony dzieci moich!
— Jest pani wcieleniem wojny!
— Nie. Bronię ich przed wojną.
— Wszystkie są do pani podobne. Powiedzmy dziewięć na dziesięć! A dziesiąte dziecko pozbawione dziewięciorga innych, nie zdoła uczynić nic.
— Tak, wojna dla pokoju... Ale nie o tem chcę mówić... Pan nie wierzy chyba w tę straszną komedje?
— Nie wierzę. Ale wierzą oni. Szanuję ich wiarę.

131