Strona:Romain Rolland - Dusza Zaczarowana III.djvu/164

Ta strona została przepisana.

dłoń, a potem go pielęgnuje? Przepojony był od dzieciństwa najszczerszemi uczuciami, i skrywał je poza wałem cierpienia. Po spotkaniu ze mną szluza otwarła się. Chciałem stawiać opór. Czyż atoli można odmawiać przyjęcia daru serca szlachetnego, które naiwnie wierzy i kocha? Jesteśmy wdzięczni za tę wiarę, której nie posiadamy sami, i staramy się stać jej godni. To wielkie przywiązanie pozwoliło mi odczuć własne braki... Jeśli ktoś nie posiada tego skarbu, przywyka żyć oszczędnie, a mądrość niedostatku uczy, by nie żądać niczego więcej od życia. Gdy atoli jawi się przyjaźń, harmonizująca dwie dusze z sobą, czujemy, że czekaliśmy na to zatopieni w melancholji i trudno nam pojąć, jak żyć było bez niej: Przyjaźń!... Tego odkrycia nie można dzielić z nikim, prócz odkrywcy. Nikt z rodziny mojej pojąć nie mógł powodu tej przyjaźni... Powody? Niema powodów. Potrzebujemy się wzajem, by być sobą... Uzupełniamy się, będąc razem... A tego właśnie drudzy przebaczyć nie chcą, czy nie mogą! Bowiem wówczas oni są obrażeni w przekonaniu własnem.
— Nie znam tego uczucia! — powiedziała. — W braku miłości, jak zawsze bywało, adoptowałam miłość innych. Wszyscy kochający się wzajem, mnie także kochają.
— Cóż za żarłoczność!
— Nie mam co jeść! — odparła.
— Stąd właśnie apetyt. Błogosławieni ubodzy, albowiem wszystko im danem będzie.
Anetka potrząsnęła głową i rzekła, chcąc go wywieść z błędu:
— Są to słowa bogacza. Wmawia się w biednego, że jest nasycony.
Herman dotknął jej dłoni:
— Nie jest pani wcale biedna! Spichrz pełny.

146